Nowa seria eksperckich rozmów prowadzona przez Aleksandrę Dziemiańczyk, współzałożycielkę marki Aurumaris Professional

W świecie pełnym pośpiechu coraz trudniej znaleźć miejsce, gdzie pielęgnacja naprawdę oznacza uważność, doświadczenie i szczerą miłość do ludzkiej skóry. Gabinet KOBIGLOW stworzony przez Ewę Nowowiejską to właśnie taka przestrzeń – stonowana, piękna i głęboko kobieca. Ewa pracuje blisko z kobietami, dotykiem i intuicją przywracając im nie tylko promienną cerę, ale też spokój i poczucie, że są zaopiekowane. Jej podejście opiera się na połączeniu dwóch pozornie różnych światów: masażu twarzy Kobido Up, który wycisza i rozluźnia całe ciało, z delikatną, ale skuteczną kuracją Nano-Needles od Aurumaris Professional, która stymuluje skórę do naturalnej odnowy. To nie zabieg – to rytuał. W rozmowie z Ewą pytamy o pielęgnację, kobiecość i o to, co kryje się za filozofią piękna w KOBIGLOW.

Na swojej stronie internetowej wspominasz, że KOBIGLOW to miejsce, gdzie piękno spotyka się z harmonią. Jakie detale pomagają tworzyć Ci taką atmosferę?
Dla mnie naprawdę liczy się każdy, nawet najdrobniejszy detal. Dosłownie każdy. Mój gabinet KOBIGLOW – jak wszystko, co robię w życiu – powstał z dbałością o najmniejszy szczegół. Zwracam ogromną uwagę, by każdy element był najwyższej jakości, zgodne z naturą i – przede wszystkim – zgodne ze mną. Tworzę to miejsce z myślą o moich klientkach (ale i o sobie :)), byśmy wszystkie czuły się w nim wyjątkowo. To moje miejsce na ziemi. Uwielbiam w nim przebywać… A detale? Piękne wnętrze, naturalne nawilżenie powietrza, zapach eterycznych olejków, który zawsze unosi się w gabinecie. Każda klientka ma swoją opisaną szminkę nawilżającą – to szczególnie ważne przy masażach twarzy, gdzie pracujemy również w okolicach ust. Są też kocyki – niektóre okazjonalne. Ręczniki zawsze pasują kolorystycznie do podkładów – białe albo różowe, czyli firmowe. Niedawno zamontowałam lustro, które dumnie prezentuje się na tle ściany z mchu chrobotka – tak, by każda osoba po zabiegu mogła zobaczyć w nim dwie szczęśliwe twarze: swoją i moją. To nasz wspólny moment… W KOBIGLOW na powitanie zawsze czeka świeżo parzona, liściasta zielona herbata – o różnych smakach: z mango, maliną, pomarańczą. Ostatnio odkryłam też jedną egzotyczną – klientki ją uwielbiają. Do tego filiżanki z różowymi kwiatami w środku – drobiazg, który od razu robi ciepło na sercu. To może się wydawać niewiele, ale wierzę, że właśnie z takich drobnych gestów buduje się cała atmosfera miejsca. Wszystko, co tutaj tworzę – tworzę tak, jak czuję. No i oczywiście – moi zieloni rezydenci. Rośliny, które pokochałam całym sercem. Ich liczba rośnie z tygodnia na tydzień (czasem zastanawiam się, czy jeszcze wszyscy się zmieścimy). Mogłabym mówić o nich długo – ale to może przy innej okazji.

Czym dla Ciebie jest masaż Kobido – czy traktujesz go jako technikę, czy raczej jako świadomy, pełen szacunku rytuał?
Dla mnie Kobido to zdecydowanie więcej niż technika. Owszem – opiera się na konkretnej, precyzyjnej pracy z mięśniami twarzy, szyi i dekoltu, ale samo opanowanie ruchów to dopiero początek. Każdy zabieg to inna historia – inna osoba, inny dzień, inne potrzeby. Zawsze proszę o wyłączenie telefonu i zegarka – tak, by nic nie zakłócało tej chwili. To przestrzeń tylko dla siebie – bez domu, bez obowiązków, bez pośpiechu. Uważam, że taki rodzaj wyłączenia i głębokiego odprężenia powinien być wpisany do Konstytucji – obowiązkowe 1,5 godziny relaksu dla każdego z nas. Dla wielu osób to wciąż luksus – czasem nawet raz w miesiącu wydaje się nieosiągalny. A przecież to właśnie wtedy dzieje się cała magia – gdy ciało i emocje w końcu łapią oddech, a twarz przestaje dźwigać napięcia całego dnia…
Czy zauważyłaś, że Kobido działa nie tylko na skórę, ale też głęboko – na psychikę, stres, poczucie „bycia zaopiekowaną”?
Zdecydowanie tak – Kobido działa dużo głębiej niż tylko na skórę. I to właśnie poruszyło mnie w nim od samego początku. Oczywiście: lifting, ujędrnienie, poprawa owalu – to wszystko się dzieje. Ale największe zmiany widzę w oczach klientek, kiedy wstają po zabiegu. Często coś się w nich rozluźnia. Oddychają inaczej, patrzą inaczej… Zdarza się, że ktoś przychodzi spięty, z głową pełną spraw, a wychodzi spokojniejszy, bardziej obecny. I nie dlatego, że “zrobiłam coś wyjątkowego”, ale dlatego, że przez chwilę naprawdę był zauważony i zaopiekowany. W mojej pracy wykonuję Kobido Up – to nie jest zwykłe Kobido. To rytuał oparty na setkach godzin pracy z twarzą, ciałem i emocjami. Łączy klasyczne techniki liftingujące z uważnym, bardzo ludzkim podejściem do osoby – nie tylko do jej twarzy. Ten zabieg został doceniony nie tylko przez klientki, ale również przez branżę – w plebiscycie Glamour Glammies 2024 otrzymał tytuł najlepszego zabiegu w swojej kategorii. Podczas pracy zawsze rozluźniam kark, szyję, obręcz barkową – to właśnie tam najczęściej kumuluje się napięcie. I kiedy ciało zaczyna „puszczać”, cała twarz wygląda inaczej – lżej, spokojniej. To fizyczne rozluźnienie bardzo często przynosi też ulgę emocjonalną. Ostatnio odwiedził mnie jeden z moich fizjoterapeutów – umówiliśmy się na wymianę: masaż za masaż. Ja masowałam pierwsza. Po wszystkim usiadł, uśmiechnął się i powiedział, że teraz to on już chyba nic nie zrobi. Następnym razem – jak zapowiedział – to on zaczyna, bo po moim masażu nie da się już wrócić do pracy. 🙂 To mnie rozbawiło, ale i uświadomiło, że mój masaż naprawdę działa – a skuteczność wcale nie zawsze wynika wyłącznie z techniki.

Jakie elementy masażu Kobido są kluczowe – czy chodzi bardziej o technikę, intensywność dotyku, rytm?
W Kobido nie ma jednej rzeczy, która „robi całą robotę”. Technika, intensywność, rytm – to wszystko jest ważne, ale dla mnie najważniejsze jest naprawdę poczuć drugą osobę. Nie odtwarzam schematu – za każdym razem słucham ciała i reaguję na to, co czuję pod rękami. Zdarza się, że ktoś przychodzi bardzo spięty albo zmęczony codziennością – wtedy spokojny, delikatniejszy dotyk działa dużo lepiej niż mocny nacisk. A czasem już po kilku pierwszych ruchach wiem, że trzeba wejść głębiej – rozciągnąć, poruszyć, popracować konkretniej z mięśniami. To ciało podpowiada, co robić – ja tylko staram się je usłyszeć. W trakcie masażu zmieniam tempo – spowalniam, przyspieszam, robię pauzy.Nie trzymam się sztywnego planu – wszystko zależy od tego, kto leży na stole i z czym przychodzi. Oczywiście, technika jest ważna – trzeba znać podstawy, rozumieć, co się robi, i cały czas się rozwijać. Ale to nie wszystko. Ostatnio usłyszałam od jednej z klientek: „To było więcej, niż się spodziewałam.” I wtedy wiedziałam, że zrobiłam to dobrze. Że to, co robię – ma sens. I jeszcze jedno: Kobido naprawdę nie powinno boleć. Są momenty, gdy trafiam na napięcie albo bardziej wrażliwe miejsce, ale to nie znaczy, że trzeba wszystko „przemasować na siłę”. Czasem nowe klientki pytają, czy będą miały siniaki – i wtedy z uśmiechem odpowiadam: Spokojnie – to nie u mnie.
W Twojej pracy masaż Kobido przeplata się z zabiegami Nano-Needles od Aurumaris Professional. Jak narodził się pomysł na takie połączenie?
Ten zabieg trafił do mnie dokładnie wtedy, kiedy miał trafić… Nano-Needles Aurumaris od razu przyciągnęły moją uwagę – nie tylko ze względu na efekty, ale również dzięki filozofii, która za nimi stoi. Delikatna, ale głęboka stymulacja, naturalne mechanizmy odnowy, bezinwazyjność – to było coś, co od razu poczułam jako bardzo „moje”. Ale… musiałam wszystko najpierw dokładnie sprawdzić na własnej skórze. Nigdy nie zaproponowałabym moim klientkom czegoś, co nie przeszło mojej osobistej weryfikacji. Muszę być w 100% pewna, że to działa, że jest bezpieczne i warte zaufania. I tak pojawił się pomysł, by połączyć Nano z Kobido. „Na zmianę” – bo po Nano-Needles należy odczekać co najmniej dwa tygodnie z jakimkolwiek masażem. Ale Kobido przed zabiegiem? To już zupełnie inna historia – i prawdziwa petarda. Masaż przygotowuje skórę – rozluźnia, pobudza krążenie, otwiera tkanki. Wszystko, co nakładamy później, wchłania się zdecydowanie lepiej. Dlatego często proponuję najpierw Kobido, a w kolejnej wizycie – Nano-Needles. To duet, który działa głęboko, naturalnie i daje przepiękne efekty wizualne. I jeszcze jedno – Kobido to cudowny zabieg przed ważną okazją. Twarz staje się promienna, wygładzona, rozświetlona. Makijaż dosłownie „wchodzi jak masełko”. A jeśli do tego dołożymy delikatniejszą, „imprezową” wersję Nano od Aurumaris… to już naprawdę jest sztos.
Jakie były Twoje pierwsze wrażenia, gdy zaczęłaś pracę z kuracją Nano-Needles PRO? Co wyróżniło ją na tle innych terapii?
To było moje pierwsze doświadczenie z tego typu zabiegami – wcześniej działałam głównie poprzez dotyk i masaż. Ale jeśli mam być szczera, jeszcze nie tak dawno moje życie zawodowe wyglądało zupełnie inaczej. Przez lata pracowałam w świecie korporacji i instytucji finansowych. Dopiero gdy odeszłam „z tego świata” i zaczęłam prowadzić firmę z mężem, pojawił się czas, by się zatrzymać i naprawdę zastanowić: co jest dla mnie ważne? Po co jestem na tym świecie? Co tak naprawdę chcę robić? Wtedy pojawiło się Kobiglow – a niedługo później trafiłam na Nano-Needles.I wróciła do mnie zasada, która prowadzi mnie przez życie od lat: Nic nie dzieje się przypadkowo. Nano-Needles od razu mnie zaciekawiły i poczułam, że pasują do mnie. Sama spróbowałam – bo też tego potrzebowałam. Niestety, mam cerę, z którą całe życie muszę walczyć… Już po pierwszym zabiegu wiedziałam, że to coś innego. Po prostu czułam to całą sobą: TAK! Bezpieczne, delikatne, nieinwazyjne – a przy tym naprawdę skuteczne. Skóra po regeneracji wyglądała na wypoczętą, gładszą i bardziej rozświetloną – dokładnie tak, jak lubię. I to mnie przekonało. Od razu wiedziałam, że chcę pracować z tym cudownym produktem – i tak zaczęła się moja przygoda z Nano-Needles.

Jak wygląda idealny plan łączący te dwie procedury – czy stosujesz konkretne sekwencje lub naprzemienne podejście?
Kolejność ma tutaj ogromne znaczenie. Zawsze najpierw wykonuję masaż Kobido – to on otwiera tkanki, rozluźnia mięśnie i przygotowuje skórę do dalszej pracy. Zabieg Nano-Needles wykonujemy później – najlepiej następnego dnia lub w ciągu kilku dni po masażu, gdy skóra jest już pobudzona i gotowa na głębszą stymulację. Po Nano nie wracamy od razu do masażu – skóra potrzebuje wtedy czasu na regenerację i nie chcemy jej dodatkowo rozpraszać. Zdarza się, że klientka chce połączyć różne potrzeby – np. regenerację, lifting i działanie na przebarwienia. Wtedy indywidualnie dobieram odpowiednie ampułki i planuję cały proces tak, by wszystko miało sens i działało w synergii. Ale zasada łączenia z masażem jest jedna: zawsze najpierw masaż, potem igiełki. Nigdy odwrotnie. Masaż to praca z mięśniami – a te, wraz z wiekiem, kurczą się, co powoduje opadanie rysów twarzy. Z kolei Nano-Needles działa na poziomie skóry – uruchamia procesy regeneracyjne i wzmacnia to, co zostało już zbudowane. Dla mnie to połączenie idealne. To jak trening i dobra dieta – jedno bez drugiego działa, ale nie tak dobrze. Regularność oczywiście zależy od wieku i kondycji skóry. Jeśli ktoś zaczyna dbać o siebie wcześnie – już w wieku 18–20 lat – wystarczy masaż raz na dwa–trzy miesiące. Ale jeśli zaczynamy później, np. w okolicach trzydziestki czy czterdziestki, warto robić to częściej – szczególnie na początku, zanim wszystko się „rozrusza”. I nie chodzi tu o żadną obsesję na punkcie młodości – tylko o to, by zadbać o siebie z wyprzedzeniem. Nie wtedy, gdy już wszystko opadnie – tylko zanim zacznie.
Twoim zdaniem – Dla kogo jest przeznaczona taka terapia łączona? Czy są konkretne typy skóry lub problemy, które szczególnie dobrze na nią reagują?
Jak dla mnie? Dla każdego. Nie trzeba mieć konkretnego problemu, żeby skorzystać z tego połączenia – wystarczy chcieć zrobić coś dobrego dla siebie. Kobido działa na mięśnie i przepływ, Nano-Needles wspierają skórę od środka – i właśnie dlatego tak fantastycznie się uzupełniają. To działa zarówno wtedy, gdy ktoś potrzebuje poprawić jędrność czy strukturę skóry, jak i wtedy, gdy po prostu czuje się zmęczony, „bez wyrazu” – i chce coś z tym zrobić. Bardzo dobrze reagują na to osoby z cerą wymagającą, ale też te z delikatniejszą, wrażliwą skórą – bo mimo, że zabieg pobudza, nie jest agresywny. Po prostu da się go dopasować do wielu potrzeb – i do różnych momentów w życiu. Oczywiście – jeśli nie ma przeciwwskazań. A jeśli są, to czasem wystarczy chwilę odczekać z jednym albo drugim zabiegiem i dopiero wtedy wprowadzić pełną terapię.
Jak zmienia się cera klientek, które przychodzą na terapie łączone regularnie?
Jest rewelacyjna – po prostu! Jeden i drugi zabieg działa na skórę, każdy na swój sposób, a regularność robi tu największą robotę. To trochę jak ze sportem – raz na jakiś czas coś tam zadziała, ale dopiero systematyczność daje prawdziwe efekty. Z czasem skóra staje się bardziej napięta, gładka, rozświetlona – ma taki zdrowy, wypoczęty wygląd. Ale zmienia się nie tylko skóra. Zmienia się też postawa, mimika, sposób patrzenia. Jak ktoś zaczyna bardziej o siebie dbać – i to nie z przymusu, tylko z troski – to widać to całą sobą. Oczywiście – każda cera jest inna. Są takie, które szybko reagują na zabiegi, ale są też bardziej wymagające – z tendencją do przebarwień, z problemami hormonalnymi czy „rodzinnym bagażem” w genach. Z niektórymi rzeczami – jak predyspozycje czy utrwalone zmiany – trzeba po prostu pracować dłużej. Ale z tym duetem idzie nam naprawdę dobrze.
Co sprawia Ci największą radość w pracy ze skórą?
Może to, że skóra to nigdy nie jest tylko skóra. Za każdym problemem – przebarwieniami, trądzikiem, rozszerzonymi porami, zmęczoną czy poszarzałą cerą – często kryje się coś więcej: stres, brak pewności siebie, a czasem głęboko zakorzenione kompleksy, które siedzą w nas przez lata. Największą radość daje mi moment, w którym widzę, że coś się zmienia nie tylko na zewnątrz, ale też w środku. Że ktoś zaczyna patrzeć w lustro z większym spokojem, akceptacją, a czasem nawet z dumą. Albo gdy osoba, która wcześniej mówiła: „U mnie to już nic nie pomoże”, po kilku wizytach zaczyna wierzyć, że jednak będzie dobrze. To naprawdę ogromna satysfakcja – nie tyle poprawianie „niedoskonałości”, ile zdejmowanie z twarzy ciężaru, który często nie pochodzi ze skóry, tylko z psychiki. I choć pracuję dłońmi, to mam wrażenie, że najgłębiej porusza mnie to, co dzieje się pod skórą…

Holistyczne podejście do pielęgnacji staje się coraz bardziej popularne – jak Twoim zdaniem wpływa to na relację między zabiegowcem a klientką?
To i tak zawsze zależy od człowieka. Od tego, czy ma w sobie ciepło, uważność, otwartość – czy po prostu lubi ludzi i chce im dawać coś od siebie, czy tylko „robi swoje”. Od razu czuć, czy jest ta wspólna energia – to, co nazywamy flow. To stan, kiedy wszystko dzieje się naturalnie, bez napięcia, bez udawania. Kiedy po prostu się rozumiemy – nawet bez słów. Ja po prostu taka jestem. Nie umiem i nie chcę pracować inaczej – na chłodno, schematem, z dystansem. Dla mnie każdy zabieg to spotkanie dwóch osób – nie tylko skóry z kosmetykiem, ale człowieka z człowiekiem. I myślę, że właśnie dlatego między mną a moimi klientkami tworzy się coś więcej niż tylko relacja zabiegowa. To jest prawdziwa wymiana – obecności, troski, uważności.
Czego najczęściej brakuje kobietom, które do Ciebie trafiają – czasu, bliskości z własnym ciałem, a może wiedzy o skórze?
Myślę, że przede wszystkim czasu dla siebie. Wiele z moich klientek wpada na zabieg jakby „z życia wyrwały” te półtorej godziny – między pracą, dziećmi, domem, zakupami. Moim zdaniem brakuje im też takiego zwykłego „pobycia ze sobą”. Często są tak zajęte wszystkim dookoła, że nie mają czasu się zatrzymać i poczuć – czy coś je boli, czy są zmęczone, czego im brakuje. Dodatkowo – braki w podstawowej wiedzy o skórze. Wiele kobiet nie wie, jaką ma cerę, czego jej potrzeba, czy krem, którego używają, rzeczywiście działa. Dlatego zawsze staram się, żeby z każdego spotkania wyniosły coś więcej – nie tylko relaks, ale też konkretną wiedzę, wskazówki, poczucie, że ich skóra może wyglądać i czuć się lepiej. Pracuję na kosmetykach, które naprawdę dobrze znam i którym ufam – dzięki temu mogę dobierać pielęgnację dokładnie pod konkretną osobę, a nie „dla cery suchej z katalogu”. Widzę, że to działa i że zaczynają bardziej słuchać swoich potrzeb. Nie tylko w kontekście pielęgnacji, ale w ogóle: odpuszczają trochę biegu, zaczynają zauważać siebie.
Czym jest dla Ciebie piękno – i jak zmieniało się to pojęcie na przestrzeni lat w Twojej pracy z kobietami?
Piękno… kiedyś myślałam, że to coś, co się po prostu ma. Może chodzi o idealną cerę, proporcje, ładne rysy czy sylwetkę, ale dziś wiem, że piękno to przede wszystkim wrażliwość, spokój, dobroć i obecność – i to widać na twarzy. W swojej pracy obserwuję, jak ludzie – choć najczęściej kobiety – zmieniają się nie tylko na zewnątrz, ale też od środka. Zaczynają siebie widzieć, słyszeć, czuć. Dojrzewają do tego, że są ważne – dla siebie samych. I to właśnie jest najpiękniejsze. Dla mnie piękno jest też w empatii – wobec siebie, innych ludzi… i zwierząt. Mam w sobie ogromną wrażliwość na ich los. Gdybym tylko mogła, uratowałabym każde, które potrzebuje pomocy. Już kilka razy się to udało – mimo alergii sama mam cztery zwierzaki, z czego dwa mają trudną historię. Jest z nami m.in. Nowofundlandka Aurora – ogromne, łagodne serce na czterech łapach. Jest niesamowicie towarzyska – i gdyby tylko mogła, leżałaby z nami w gabinecie podczas zabiegów. Klientki ją kochają – ma w sobie coś niesamowicie uspokajającego, jakby naprawdę czuła każdą emocję. Zwierzęta przypominają mi, czym jest prawdziwa obecność – bez oceniania, bez pośpiechu. I tego też uczę się w Kobiglow – żeby widzieć nie tylko skórę, ale też osobę, emocje, historię. Bo piękno nie jest powierzchnią. Piękno to relacja.

Jakie rytuały – nawet najprostsze – poleciłabyś kobietom do codziennego stosowania w domu?
Jeśli chodzi o codzienną, domową troskę o siebie – nie chodzi o to, żeby wszystko było dopięte na ostatni guzik. Nie chodzi o perfekcję – tylko o intencję. Wierzę w siłę drobnych gestów, wykonywanych z czułością i uważnością. To one robią największą różnicę – nie dlatego, że są doskonałe, ale dlatego, że płyną z prawdziwej troski o siebie. Pierwszy rytuał, który polecam zawsze: wieczorne oczyszczanie skóry. To nie powinien być szybki demakijaż na kolanie – tylko moment, kiedy naprawdę jesteś ze sobą. Ciepła woda, dobry kosmetyk, np. Wasza pianka peptydowa (NEUROPEPTIDE CLEANSING FOAM) masaż przy myciu – to już jest troska. Drugi – krem dobrany naprawdę do Twojej skóry. Nie najdroższy, nie z reklamy, tylko taki, który działa i który lubisz. Sama kiedyś nie przywiązywałam do tego większej wagi – myślałam: „byle coś nałożyć”. Dziś wiem, jakie to ważne. Dojrzałam do tego, dorosłam do troski o siebie. Moja skóra – z którą nigdy nie miałam lekko, bo niestety dostałam ją w spadku – też się zmieniła. Odpowiada na pielęgnację, gdy jest dobrze dobrana. I to naprawdę widać. Do tego polecam delikatny masaż – choćby 2–3 minuty dziennie, najlepiej przy wklepywaniu kremu. Kilka taśm na zmartwione czoło, okolice lwiej zmarszczki – to drobiazgi, które naprawdę robią różnicę. Trzymają wszystko w ryzach 🙂 i skóra to lubi. A rano? Inna twarz. I coś jeszcze – zanim wystartujesz dzień – chociaż minuta dla siebie. Zamiast od razu łapać za telefon – weź głęboki oddech, popatrz przez okno, przeciągnij się, uśmiechnij. To nie jest coaching – to taka mała pauza, dzięki której zaczynasz dzień trochę inaczej. U mnie to chwila przy kawie z mężem – pięć minut zatrzymania, zanim każdy z nas ruszy w swoją stronę.Dla innych to może być moment z dzieckiem, z partnerem – albo po prostu z samą sobą. Chodzi o to, żeby choć przez chwilę pobyć w tu i teraz, zanim znów pochłonie nas cały świat. To właśnie te drobne rytuały wprowadzają balans w tym naszym pędzącym życiu. Nie muszą być idealne – wystarczy, że są Twoje.
Jakie są Twoje plany na rozwój KOBIGLOW – czy rozważasz własne autorskie techniki?
Myślę, że na autorskie techniki jeszcze trochę za wcześnie. Ciągle się uczę, rozwijam, doskonalę swoje umiejętności – i mam ogromny szacunek do tego procesu. Ale jestem żywym przykładem na to, że nigdy nie jest za późno, żeby coś zmienić w swoim życiu. Więc – jak to mówią – nigdy nie mów nigdy. Mam tylko jedną cichą nadzieję, że po przeczytaniu tego tekstu chociaż jednej osobie zapali się lampka w głowie, że warto się na chwilę zatrzymać i zrobić coś dla swojego ciała i psychiki. Bo nasze ciało naprawdę będzie nam jeszcze długo służyć – o ile mu na to pozwolimy. A jeśli nie nauczymy się rozładowywać stresu, jeśli nie damy sobie ulgi i oddechu, to on w końcu nas po prostu zje. Trzeba zrobić coś dla siebie – i wiem, że trzeba do tego dojrzeć. Dlatego z całego serca życzę każdemu, żeby ta chwila nadeszła jak najszybciej. A jeśli ktoś nie zdecyduje się jeszcze na zabieg – to i tak może do mnie wpaść. Choćby po to, by na chwilę zanurzyć się w ciszy, zieleni i spokoju. Mój gabinet powoli zamienia się w mały rezerwat roślin gruboszowatych i sukulentów – one też mają w sobie jakąś mądrość: rosną powoli, po swojemu… i pokazują, że mniej znaczy więcej 😉 Może właśnie dlatego tak je uwielbiam!
Zapraszam do Kobiglow.pl

Dziękuje! Jestem naprawdę pod wielkim wrażeniem Twojej pasji i zaangażowania z jakim podchodzisz do swojej pracy i opieki nad skórą. To, jak łączysz tradycyjne techniki masażu Kobido z naszym skutecznym zabiegiem Nano-Needles PRO, pokazuje nie tylko profesjonalizm, ale przede wszystkim prawdziwe umiłowanie do tego, co robisz. W Twoim podejściu wyczuwalna jest autentyczna troska o każdą klientkę, a także szacunek dla naturalnego piękna i ich indywidualnych potrzeb . To podejście, które łączy technikę z uważnością i prawdziwą relacją, robi ogromne wrażenie i pokazuje, jak wielką rolę odgrywa serce w pracy specjalisty. Życzę Ci dalszego, nieustającego rozwoju i spełniania się w tym, co robisz, bo jesteś naprawdę cudowną osobą, a świat potrzebuje właśnie takich pasjonatów i profesjonalistów.
Z ogromnym uznaniem i wdzięcznością,
Aleksandra Dziemiańczyk
Założycielka Aurumaris Professional
KOBIGLOW KONTAKT:
tel: 509 914 800
www.kobiglow.pl
mail: kontakt@kobiglow.pl
ul. Kwiatowa 13 Wancerzów 42-244